Home Informacje prasowe Informacje prasowe


Informacje prasowe

O Międzynarodowy Festiwalu Kryminału Wrocław 2011 napisali

Warto pić jak Marlowe, a jeść jak Montalbano

Na początku był włoski ryż. Potem napięcie wzrastało, a patelnia skwierczała. Kryminalno-kulinarnego wykładu Roberta Makłowicza wysłuchał i przepis na danie czarne, niczym z powieści noir, zanotował Jacek Antczak

Najmodniesi są Mankell i Larsson. Ale gdybym miał Czytelnikom smakoszom zaproponować coś do jedzenia z tych kryminałów, to byłoby to krótkie spotkanie. Wystarczyłoby wyciągnąć pizzę z zamrażarki i wrzucić do mikrofalówki albo podgrzać parówki z lodówki. W szwedzkich kryminałach nic nie jedzą. I dlatego dla mnie te wykalkulowane, zimne powieści są niestrawne. Zbrodnia może z różnych rzeczy się wywodzić, także z kalkulacji. Ja wole, jak wszystko w życiu, a wieci w kryminałach, które czytam, wywodzi się ze zmysłów. W powieściach kryminalnych często zarówno jedzenie, jak i czyny są kierowane pobudkami zmysłowymi. Jedne są dobre, drugie złe, ale wszystkimi sterują impuls chwili, uczucie, emocje, zmysły. Zbrodzień ze szwedzkich kryminałów, który planuje sobie przez 30 lat tego dnia o tej i o tej godzinie zamorduję tego i tego, a nazajutrz jest chłodny i zimny jak łosoś z lodu. Jeśli mam podać przepis ze współczesnej kuchni kryminalnej, to najlepszy jest Andrea Camilleri i kuchnia sycylijska, którą propaguje we wszystkich książkach z serii o komisarzu Salvo Montalbano. Jednym z ulubionych dań tego znanego smakosza jest risotto nero di seppia. W kryminałach nie podaje przepisu, ale nie jest to zbyt trudne do przyrządzenia. Podaję przepis: 4 łyżki oliwy, 1/2 białej cebuli, 1 ząbek czosnku. Na patelni rozgrzać oliwę, dodać drobno posiekaną cebulę i czosnek, zeszklić... Risotto z winem sycylijskim jest opisane w książkach Camilleriego kilka razy. Salvo bardzo je lubi. Wybrałem risotto nero, ri- sotto czarne, czyli potrawę bardzo kryminalną, niczym powieści noir. W ogóle w historii ludzkości niewiele jest czarnych dań i czarnych rzeczy do jedzenia przypominam sobie z dzieciństwa kopalniaki, anyżowe landrynki, ohydne zresztą wyjątkowo. W Holandii są czarne cukierki z lukrecji o nazwie drop. Czarny jest też bez, ale nalewka z niego nie jest już czarna. Risotto jest potrawą z północnych Wioch, zaadaptowaną również do kuchni południa. Gdybym robił risotto dla narzeczonej Montalbano, nie dodawałbym oliwy sycylijskiej, tylko masło. Włochy dzielą się na dwie strefy tłuszczowe-masła i oliwy. Północ - Piemont, Asturia, Emilia-Romania - to zdecydowanie kuchnia maślana. W Toskanii oliwa ma już przewagę nad masłem, a im dalej na południe, tym bardziej masło znika z kuchni, Na Sycylii występuje śladowo, w zasadzie tylko przy śniadanku.
SOOg ryżua rborio lub carnaroli. Wsypać ryż, gdy ziarenka staną się szkliste... Musimy mieć coś fundamentalnego-ryż włoski. Oczywiście, nie jest to ryż w woreczkach do gotowania. Taki, jaki znamy z naszych sklepów, jest mniej więcej tak dobry, jak nasze kryminały z serii „Ewa wzywa 07". Ryż w woreczkach to pornografia kulinarna. Gdyby Pan Bóg chciał, żeby ryż był woreczkach, to by stworzył ryż w woreczkach, a tak nie zrobił. 1 kałamarnica lub 450 g pióropuszy kalmarów .dodać pokrojonąwkawałkika- łamamicę (bez woreczka z atramentem) lub kalmary. Wrzuciłemnapatelnięcoś.co składa się z kalmarów. W oryginale powinna być kałamarnica, z której wcześniej wyjąłbym woreczek z atramentem i użył go do uczynienia risotta czarnym. Następnie pokroiłby mpozostałą część kałamarnicy i też dorzucił na patelnie. Ale w Polsce kałamarnic się nie sprzedaje. 1 opakowanie inkaustu z kałamarnie To coś, co przesądza o nazwie tego dania. Nero di Seppia, czyli naturalny atrament z kałamarnicy. Dodawajmy tę przyprawę na końcu i ostrożnie. Żeby się nie poplamić. Istnieją tylko dwierzeczy, których nie da się się sprać: pierwsza to olej z pestek dyni, druga-czernidło z mątwy. Atrament ma bardzo intensywny smak, choć wygląda jak pasta do butów. Ale z pastą risotto smakowo się nie sprawdzi. W Polsce nie da się kupić mątwy pod jakakolwiek postacią, ale czernidło w woreczkach można, choć tylko w wyspecjalizowanych hurtowniach. Natomiast we Włoszech czy Chorwacji są w każdym sklepie. Atrament z kałamamicy występuje też w literaturze polskiej, ale nie kryminalnej. Bohater „Przygód Pana Kleksa" próbuje pisać tym atramentem. Z kryminałów,które powstały jakiś czas temu, przychodzi mi na myśl twórczość Georges'a Simenona, autora prawie tak płodnego, jak Kraszewski. Samych kryminałów z cyklu o komisarzu Maigret napisał tony, a oprócz tego mamy wiele innych powieści. U Simenona jest bardzo dużo jedzenia. Ale francuskiego, i musiałbym wydziwiać, obierając ostrygi i gotując homary czy langusty. Mógłbym zrobić też coś z Chandlera, ale wtedy musiałbym głównie pić. Ale każdy, komu Chandler jest tak bliski, jak mnie, może gotując, popijać. Na przykład winko sycylijskie, którego część wlejemy do risotta.
Gdybym wziął dania z Simenona, musiałbym wydziwiać z langusta i homarami. W książkach Chandlera i Hammetta, czyli twórców czarnego kryminału, więcej się pije, niż gada. A przykłady tłumaczeń Chandlera ilustrują też historię kulinarną PRL-u. Gdy czytałem Chandlera, mając naście lat, a od zawsze zwracam w książkach uwagę na jedzenie, zapamiętałem opis pomieszczenia, w którym Marlowe wyczuł w powietrzu zapach kotletów baranich oraz „brokoli". Nie miałem pojęcia, co to jest brokoli, ale najwyraźniej tłumacz też nie miał. Były lata 70. Od tego czasu przeszliśmy długą drogę, bo dziś „brokuły" - bo o nie chodziło - możemy kupić w każdym osiedlowym warzywniaku. 1 łyżka pasty pomidorowej, 1 szklanka białego wytrawnego wina Wlać białe wino. Gdy odparuje, dodać poste pomidorową. Ryż musi wchłonąć cały płyn, nie może pływać. Od nas i od tego, co nalejemy, zależy więc, jak risotto będzie smakowało. Ponie waż mamy w potrawie owoce morza, to możemy dodać sycylijskiego Chardonnay. To szczep straszliwie oklepany, ale wiej ski i prawie tak przyjemny, jak komisarz Montalbano. No i ma zaletę - kosztuje „pietna- staka". Większość win w Polsce kosztuje trzy razy więcej niż powinno - przez marżę importerów. A to się zmienia. Ponieważ pijemy coraz wifcej wina, więc coraz mniej nam mogą wciskać kitu. Pierwszą książką, jaką w życiu przeczytałem, był właśnie kryminał. Miałem sześć lat, rodzice wysłali mnie na kolonie, gdzie z nudów kupiłem sobie książkę „Parasol pełen deszczu" Adama Bandaja. Bardzo zajmująca lektura. Niestety, do jedzenia tam nie nie było, bo główna bohaterka przebywała nad morzem na czymś w stylu Funduszu Wczasów Pracowniczych. Zatem 0 7 rano była zupa mleczna na śniadanie, o pierwszej była obiadokolacja. Ale kryminał mimo to czytałem. A potem byli Simenon, Chandler i Camilleri. 4 szklanki bulionu rybnego Wlaćpołowębulionuimieszając gotować, aż ryż wchłonie płyn 1 zmięknie, podlewając go wedle potrzeby resztą bulionu. Gdy ryż wchłonie wino, muszę dodać „mięso z pomidorów" w postaci pasty pomidorowej. Koncentrat byłby zbyt mocny. Ważne jest przygotowaniebu- lionu rybnego. Łatwo go zrobić. Najłatwiej u nas zdobyć łososie, poodcinać im głowy, dodać ziarna pieprzu, listek laurowy - lepiej świeży niż suszony, trochę marchewki. Garnek bulionu odcedzić przez gazę, żeby nie było paprochów. Żeby był esen- cjonalny. O proporcje całego dania proszę mnie nie pytać. To się robi na oko. Sól, świeżo zmielony czarny pieprz Gdy ryż będzie prawie miękki, wlać inkaust kałamamicy, wymieszać, po chwili podawać. Komisarz Montalbano i inni nie jedzą risotta jako dania głównego. To pierwsze danie, potem Salvo jeszcze wciągnął tony jedzenia, deser i litry wina. Ważna uwaga - pod żadnym pozorem nie wolno tego dania posypywać parmezanem. Wiem to, bo kojarzy się z jednym z najbardziej traumatycznych wspomnień początków mojego obżarstwa. Gdy byłem po raz pierwszy w porządnej włoskiej restauracji, prosiłem o parmezan do posypania risotta. Przyszła właścicielka i powiedziała, że posmak parmezanu jest intensywny i zabiłby delikatny smak kałamamicy. Udałem głupiego i odpowiedziałem, że to, oczywiście, wiem, ale ja zawsze wszystko posypuję. Na to z kuchni przyszedł wielki kucharz: „Nie po to stałem 30 minut i najpiękniej, jak tylko potrafię, robiłem to danie,żebypanjepopsuł. Parmezanu nie podamy". Tak, tak, we Włoszech zarówno zbrodnia, jak i jedzenie to poważne sprawy. Powiedziałbym, że to smaczne i zdrowe danie, bo kuchnia śródziemnomorska podobno jest bardzo zdrowa. Podobno, bo teraz przestaję być tego pewien i mój świat kulinarny się wali. Otóż przez całe lata za wzór stawiano Grecję, tłumacząc, że ludzie w Grecji żyją najdłużej w Europie, bo zdrowo jedzą. Ostatni kryzys w Grecji spowodował, że sprawdzono kwestię pobierania rent i emerytur. Okazało się, że wyglądało to następująco - przychodzi listonosz, a wnuczek mówi, że dziadek w ogrodzie. A dziadek był w ogrodzie od dawna. W ziemi. Nie zawiadamiał urzędu, że dzia- dziuś od 20 lat nie żyje, tylko pobierał jego emeryturę. To była nagminna praktyka. A skoro Grecy fałszowali statystyki co do długości życia, to wnioski dla kuchni są przerażające. Bo po Grekach najdłużej żyją Szwedzi i Niemcy. Atobymogło oznaczać, że kapusta kiszona orazparówki są znacznie zdrowsze niż oliwa i świeże ryby.

Wysłuchał Jacek Antczak
Gazeta Wrocławska, 2.12.2011

Lubię nawet niektórych morderców

ROZMOWA. GAJA GRZEGORZEWSKA, laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru, o pisaniu kryminałów, detektywach i Mazurach

Odbierając Grand Prix Międzynarodowego Festiwalu Kryminału, czyli Nagrodę Wielkiego Kalibru za powieść "Topielica", powiedziała Pani...

- Ojej, teraz pewnie będę musiała od tego zaczynać każdy wywiad (śmiech). To brzmiało chyba tak: "liczyłam, że może dostanę jakąś nagrodę pod koniec życia, jak Martin Scorsese, jednak w tej sytuacji będę mogła dłużej cieszyć się nowym nosem".

- To było na poważnie?!

- Jak najbardziej!

- Czyli wiem, co zrobi Pani z pieniędzmi, a przynajmniej ich częścią. W "Topielicy", wydanej przez krakowską oficynę EMG, porzuciła Pani swój Kraków dla - nie swoich, jak mniemam - Mazur. To była jednorazowa wycieczka?

- Zawsze inspirują mnie miejsca, które odwiedzam. Byłam kiedyś na rejsie na Mazurach i pomyślałam, że to doskonała przestrzeń, by popełnić zbrodnię. Pojawiają się tu moje ulubione zamknięte przestrzenie, które zawsze chętnie wykorzystuję - w tym wypadku była to łódka.

- W czasie pisania "Topielicy" miała Pani w głowie "Nóż w wodzie" Romana Polańskiego?

- Tak, choć nie była to pierwszoplanowa inspiracja. Moja bohaterka na Mazury na razie jednak nie wróci. Następna książka, którą właśnie kończę, rozgrywa się znów w Krakowie. Będzie to opowieść o nekrofilu. Zaczyna się od tego, że Julia Dobrowolska wpada do świeżo rozkopanego grobu, a poza tym rozwiązuje zagadkę samobójstwa córki pewnego mafiosa.

- Straszne! To zapytam, ile w autorze kryminału jest mordercy, a ile detektywa?

- Identyfikuję się raczej z Julią - czyli detektyw, a na pewno nie z czarnym charakterem z "Topielicy", który był wyjątkowo wstrętny. W tej książce musiałam też pisać pamiętnik mordercy, co było bardzo dziwnym uczuciem. Po części musiałam się identyfikować ze zwyrodnialcem. A to nie było przyjemne.

- Czy pisząc kryminały, na swój sposób lubi Pani przestępców, stara się ich zrozumieć?

- Trochę tak. Zawsze daję coś z siebie postaciom. Ja w zasadzie lubię prawie wszystkie postacie z moich książek, nawet niektórych morderców. W ogóle lubię moich bohaterów, bardzo się z nimi zżywam i zaprzyjaźniam.

- Czy po napisaniu kryminału czuje Pani balast psychiczny, który trzeba zresetować?

- Czuję smutek. Po napisaniu "Orchidei" poczułam się, jakbym wysłała dziecko na studia do innego kraju. Pod koniec tworzenia książki wnikam totalnie w wyimaginowany świat, siedzę po dziesięć godzin dziennie przed komputerem. Gdy oddaję książkę wydawcy i nagle tego wszystkiego zaczyna brakować, pojawia się pustka. Nie ulga, tylko pustka.

- "Topielica" nie straszy od deski do deski. Nasyciła Pani tę książkę ironią.

- Staram się mieć w życiu dystans do spraw, mam ironiczne podejście. Dlatego znajduje się to w książce. Lubię też podjąć patetyczny styl, by następnie zgasić go ironiczną uwagą. To inspiracja zaczerpnięta z rozmaitych seriali typu "Gotowe na wszystko".

- Jako filmoznawczyni powinna mieć Pani bardzo kinowe podejście do swoich książek. Tak?

- Myślę obrazami, dialogami, scenkami. Wszystkie filmy, które obejrzałam, trochę rzuciły mi się na mózg. Czarny kryminał, zarówno powieściowy, jak i filmowy, jest dla mnie niewyczerpaną inspiracją.

Cała rozmowa z Dziennika Polskiego z 1.12.2011 tutaj

Grzegorzewska Wielkiego Kalibru

Grzegorzewska Wielkiego Kalibru. Laureatką tegorocznej Nagrody Wielkiego Kalibru została Gaja Grzegorzewska, uhonorowana za książkę „Topielica". Nagrodę wręczono podczas zakończonego we Wrocławiu Międzynarodowego Festiwalu Kryminału. Wśród jego gości byli m.in. szwedzka pisarka Maj Sjowall, twórczyni „szkoły" kryminału skandynawskiego, Hiszpanka Alicia Gimenez-Bartlett, Niemiec Jan Costin Wagner oraz autorzy polscy, Mariusz Czubaj, Krzysztof Varga, Marcin Świetlicki, Małgorzata i Michał Kuźmińscy... (AF)

Tygodnik Powszechny z 30.11.2011

Babcia z kryminalną przeszłością nie chce już pisać

- Spędziliśmy z Perem trzynaście lat, mieliśmy dwoje dzieci, przeszliśmy przez wszystkie fazy związku. Ale nigdy nie kłóciliśmy się podczas pisania. Te momenty były najszczęśliwszymi w naszym wspólnym życiu - mówi Maj Sjöwall, pisarka, współautorka, wraz z Perem Wahlöö, dziesięciotomowej kryminalnej sagi*

W weekend we Wrocławiu zakończył się Międzynarodowy Festiwal Kryminału, którego gwiazdą była Maj Sjöwall. Pisarka otrzymała honorową Nagrodę Wielkiego Kalibru.

Urodzona w 1935 r. Maj Sjöwall wraz z Perem Wahlöö napisała dziesięciotomową kryminalną serię. Powstała w latach 1965-1975, a jej bohaterami są sztokholmscy policjanci - Martin Beck, Lennart Kollberg, Gunvald Larsson i Einar Rönn. Seria sprzedała się w 10 milionach egzemplarzy i została przetłumaczona na 35 języków.

Magda Piekarska: W książce "Wóz strażacki, który zniknął" pojawia się polski wątek - kradzione w Szwecji samochody mają trafiać właśnie tu, do Polski często jeździ jeden ze złoczyńców. Czy podróż po honorową Nagrodę Wielkiego Kalibru to pierwsza pani prawdziwa wizyta w naszym kraju?

Maj Sjöwall: - Nie, choć pierwszy raz odbieram tu nagrodę i spotykam się z czytelnikami. Ale byłam tu wcześniej, w 1976 roku, kiedy moje i Pera książki były tu wydawane. To było rok po jego śmierci - okazało się, że są problemy z wysłaniem mi pieniędzy do Sztokholmu i wymianą złotówek na korony. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem było wydać gażę na miejscu. Zabrałam dzieci i przyjechałam do Warszawy, gdzie spędziłam bardzo przyjemny tydzień, mieszkając w hotelu Europejskim.

Jak wyglądała wasza wspólna praca nad kryminalną serią?

- Kiedy zaczęliśmy się spotykać z Perem, postanowiliśmy napisać coś razem. Oboje mieliśmy doświadczenie dziennikarskie, Per był autorem trzech powieści. Oboje interesowaliśmy się literaturą kryminalną, czytaliśmy te same książki - Dashiella Hammetta, Agathy Christie. Ale to były kryminały w zupełnie innym stylu niż nasze, a literatury amerykańskiej, która byłaby w jakiś sposób nam bliższa, w tamtym czasie w Szwecji nie wydawało się zbyt wiele. Oczywiście oglądaliśmy też filmy - te z gatunku noir. I z nich czerpaliśmy inspiracje.

Mieliście poczucie, że robicie coś nowego, rewolucyjnego dla gatunku?

- Że coś nowego, tak, ale nie mogliśmy wiedzieć, na ile to zmieni sam gatunek, wpłynie na innych autorów. Po pierwsze, w roli bohatera nie widzieliśmy samotnego szeryfa, jak to zwykle bywało w dziełach naszych poprzedników, ale zespół, grupę policjantów. Próbowaliśmy opisać ich pracę tak realistycznie, jak to tylko było możliwe. I jednocześnie pokazać nasze społeczeństwo, to, jakie było w tamtym momencie i jak się rozwija przez najbliższe lata. Zaplanowaliśmy serię dziesięciu książek, postanowiliśmy pisać jedną rocznie. Zaczęliśmy od rozmów - o postaciach, tym, jak powinny wyglądać, ale też o stylu, w jakim powinniśmy to pisać. Chcieliśmy, żeby był możliwie czysty, pozbawiony subiektywizmu, osobistego spojrzenia. Pisaliśmy na zmianę streszczenia kolejnych rozdziałów - ręcznie, a podczas przepisywania na maszynie korygowaliśmy błędy. Był to rodzaj redakcji, na koniec książka była właściwie gotowa do wydania. Nie dzieliliśmy się postaciami czy wątkami - to wszystko było efektem wspólnej pracy.

Nowością było też pokazanie życia osobistego policjantów. Tego, co dzieje się po godzinach pracy i jak na tę pracę wpływa. Martin Beck po kilkunastu latach przeżywa kryzys w małżeństwie, tymczasem związek jego przyjaciela, Lennarta Kollberga, kwitnie. Zdarzało wam się wplatać osobiste doświadczenia w ten drugi plan?

- Spędziliśmy z Perem trzynaście lat, mieliśmy dwoje dzieci, więc pewnie przeszliśmy przez wszystkie fazy związku - od euforii po kłótnie. Ale nigdy nie kłóciliśmy się podczas pisania - wówczas panowała między nami zupełna symbioza. Te momenty, kiedy pisaliśmy razem, były najszczęśliwszymi w naszym wspólnym życiu. Ale nie przenosiliśmy wątków osobistych do literatury, chociaż, owszem, zdarzało się, że np. pisząc o dzieciach Becka, inspirowaliśmy się postaciami naszych dzieci. Generalnie jednak wszystko od początku do końca było wymyślone. Łącznie z policjantami. Szwedzka policja w tamtym czasie była niesłychanie zamknięta, hermetyczna. Nie dało się porozmawiać z funkcjonariuszami, a ci, którzy odpowiadali za kontakty z prasą, podczas konferencji prasowych ograniczali się do odczytania komunikatów z kartki.

Co było dla was najważniejsze - sama intryga czy pokazanie społecznej sytuacji Szwecji?

- Powody były różne. Po pierwsze, chcieliśmy nie tylko żyć, ale i pracować razem. Po drugie, nasza twórczość wypełniała lukę na rynku wydawniczym. Chcieliśmy dać ludziom rozrywkę, bawić swoich czytelników. Uważam, że to jeden z ważniejszych celów literatury - sprawić, żeby ludzie się śmiali, dać im odrobinę radości. I poprzez śmiech pokazać im, co jest rzeczywistością. I nawet jeśli prawda jest trudna do przyjęcia, dla równowagi pozostawić tę zabawę.

Szwecja z polskiej perspektywy, zarówno w latach 70., kiedy po raz pierwszy ukazały się tutaj książki z waszej serii, jak i w dużej mierze dziś, wydaje się rajem. A tymczasem w "Uśmiechniętym policjancie" czy "Roseannie" znajdziemy obraz daleki od tej rajskiej wizji.

- To było w czasach Olofa Palmego, który był wzorem public relations - szefa rządu z takim wizerunkiem nie było wcześniej w Szwecji. Był bardzo charyzmatyczną osobowością, pięknie mówił i wydawał się kierować całą swoją uwagę w stronę społeczeństwa. Był rodzajem szwedzkiego Kennedy'ego. Udało mu się pokazać Szwecję jako połączenie kapitalizmu z socjalizmem. Ale ten zewnętrzny wizerunek nie mówił prawdy o naszym kraju. Kiedyś faktycznie Szwecja była prawdziwie socjaldemokratyczna, ale po wojnie ten mit się skończył. Z roku na rok stawała się coraz bardziej prawicowa. To widzieliśmy wokół siebie. I o tym chcieliśmy pisać.

Czytuje pani autorów współczesnych kryminalnych bestsellerów ze Skandynawii - Larssona czy Mankella?

- Nie. Przeczytałam pierwszą książkę Larssona, przez Mankella nie udało mi się przebrnąć, jest nudny. Czytałam książki Leiba GW Perssona, który jest pisarzem i profesorem kryminologii. Opisuje prawdziwe historie, a pracę policji zna od środka. Jeśli chodzi o resztę - nie bawi mnie to. Może to wina komputera, który daje współczesnym autorom taką łatwość pisania i niczym nie ogranicza liczby zapisanych słów? Mam 76 lat, niewiele życia przed sobą i zamierzam je spędzić na czytaniu książek, które sprawiają mi radość. Chociaż oczywiście doceniam to, co zrobili Larsson i Mankell - przyczynili się do wielkiego powrotu naszych książek. Pojawili się po nas, a teraz my nadchodzimy po nich.

W przeciwieństwie do dzisiejszych gwiazd szwedzkiego kryminału nie zbiła pani fortuny na literaturze i mieszka pani w skromnej kawalerce. Nie ma pani ochoty na powrót do pisania?

- Nie. Seria o Martinie Becku była moim i Pera wspólnym projektem. Po jego śmierci kontynuacja straciła sens. A o innych projektach też nie myślę - jestem zwykłą babcią i na tym etapie życia wolę szydełkować, bawić się z wnukami i popijać wino, niż myśleć o kryminalnych intrygach.

Rozmawiała Magda Piekarska, Gazaeta Wybrocza Wrocław z 29.11.2011

Kobiety Wielkiego Kalibru

Szwedka Maj Sjówall oraz Gaja Grzegorzewska otrzymały Nagrody Wielkiego Kalibru podczas Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Sjówall, szwedzką pisarkę, współautorkę napisanej z Perem Wahlóó serii 0 detektywie Martinie Becku, wyróżniono honorowo - jest uznawana za matkę skandynawskiego kryminału. Z kolei Grzegorzewska została nagrodzona za powieść „Topielica" uznaną za polski kryminał roku 2010. Jej bohaterką jest - jak w dwóch poprzednich książkach z cyklu - seksowna detektyw Julia Dobrowolska, która klnie jak szewc 1 pali jak smok. Nagroda to 25 tyś. zł. Janina Pa- radowska, przewodnicząca jury, przyznała, że zdania w gronie jurorów były podzielone. Głównym konkurentem do Kalibru był Paweł Goźliński z powieścią „ Jul" osadzoną w XIX-wiecznym Paryżu, w środowisku polskich romantyków. W ostatecznym głosowaniu było cztery do trzech. Nominowane byłyjeszcze: „Morderstwo w alei Róż" Tadeusza Cegielskiego, „Ręczna robota" Ryszarda Ćwirleja, „Granatowa krew" Wiktora Hagena, „Inspektor Van Graaf' Adama Ubertowskie- go i „Officium Secretum. Pies Pański" Marcina Wrońskiego.

"Gazeta Wyborcza" z 28.11.2011

Detektyw Julia na tropie, czyli Topielica z Kalibrem

"Nowy nos, nowy nos !!!" - skandowali przyjaciele Gai Grzegorzewskiej, gdy w sobotę wieczorem podczas organizowanego we Wrocławiu Międzynarodowego Festiwalu Kryminału, okazało się, że Nagroda Wielkiego Kalibru trafiła do krakowskiej pisarki.

Zdziwionej publiczności, która myślała, że to jakiś makabryczny wątek z "Topielicy"- najlepszej powieści kryminalnej roku, ujawniono, że nieskrywaną przed światem tajemnicą jest marzenie autorki o zafundowaniu sobie… ładniejszego nosa.
- Często myślałam sobie, że będę jak Martin Scorsese i pod koniec życia napiszę jakiś słaby, dwudziesty kryminał, za który dostanę tę nagrodę. Jestem wzruszona i zaskoczona, że nowym nosem będę się cieszyć trochę dłużej - żartowała absolwenta filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, miłośniczka capoeiry i autorka nagrodzonej powieści.

Janina Paradowska, publicystka "Polityki", jedyna kobieta w jury konkursu, ujawniła, że współczesna "Topielica" do końca walczyła o zwycięstwo z rozgrywającym się w czasach Juliusza Słowackiego "Julem" Pawła Goźlińskiego. - To było jak spór romantyków z pragmatykami z kryminałami w tle. Szkoda "Jula", ale wybraliśmy świetnie napisaną powieść współczesną, której bohaterką jest kobieta-detektyw. - Paradowska mówiła, że nie miało to nic wspólnego z parytetem, choć wiele wątków książki Grzego-rzewskiej wpisuje się w to, o czym obecnie debatują Polacy.

- W "Topielicy" jest świetnie zarysowana intryga kryminalna, ale znajdziecie w niej też odważne wątki obyczajowo- erotyczne, w tym męsko-damskie, męsko-męskie, a pewnie i damsko-damskie. Świetnie się to czyta, bo ma w sobie wszystko, co powinna mieć dobra powieść kryminalna - dodawała Janina Paradowska.

"Topielica" to czwarty kryminał 31-letniej Grzegorzewskiej. Wcześniej były "Żniwiarz", "Noc z czwartku na niedzielę" o przygodach Julii Dobrowolskiej i napisana z Irkiem Grinem i Marcinem Świetlickim "Orchidea", również nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru. Akcja nagrodzonej powieści rozgrywa się na Mazurach, gdzie Julia z przyjacielem Bergenem prowadzą kurs dla przyszłych detektywów. W pewnym momencie pani detektyw spotyka byłego kochanka, policjanta Arona Goldenthala…

Drugą bohaterką festiwalowej gali była owacyjnie przyjęta laureatka Honorowej Nagrody Wielkiego Kalibru - Maj Sjöwall, która wraz z partnerem Perem Wahlöö, na przełomie lat 60. i 70. napisała dziesięć powieści o śledztwach inspektora Becka. Ten cykl uznano za wzorzec gatunku współczesnego kryminału, do którego nawiązywali najpopularniejsi skandynawscy pisarze z Larsonem na czele.

- O co chodzi z tym fenomenem szwedzkiego kryminału? Czy Szwedzi potrzebują dreszczyku w swoim sielskim życiu?- pytał pisarkę wrocławski czytelnik, który mieszkał w okolicach Ystad, gdzie swoje śledztwa prowadzi komisarz Wallander.

- To się Pan słabo rozglądał. Ystad to najbardziej kryminogenny region Szwecji, w którym dochodzi do czternastu morderstw w miesiącu - opowiadała Maj Sjöwall. - Niestety, Szwedzi zamykają się w domach i pasjami czytają kryminały o tym, co dzieje się… za oknem. Mamy wszystkie negatywne zjawiska, o jakich jest głośno na świecie: rozboje, pedofilię, zabójstwa.

Pytana, dlaczego niektórzy z bohaterów jej książek - policjanci - byli przedstawieni w sposób karykaturalny, Sjöwall zaskoczyła. - Bo oni byli głupi. Gdy z Perem pisaliśmy kryminały, nie było szkół policyjnych, w których uczono by psychologii czy estetyki - opowiadała królowa kryminału, dodając, że w ich kraju nie ma szans, by przeczytać jakąś polską powieść z dreszczykiem. - Szwecję zalała taka fala powieści rodzimych autorów, że w ogóle nie tłumaczy się innych kryminałów, może od czasu do czasu trafi się jakiś amerykański - wyjaśniała Sjöwall, która sama przetłumaczyła 50 książek.

Jacka Antaczak "Gazeta Wrocławska" z 27.11.2011

Nie tęsknię za Krakowem

Irek Grin, dyrektor Międzynarodowego Festiwalu Kryminału opowiada o modzie na literackie tropienie zbrodni

Rafał Stanowski: We Wrocławiu trwa w najlepsze Festiwal Kryminału. Na zdjęciach zamieszczanych przez Was na Facebooku widzę tłumy odwiedzających...
Irek Grin: Jest źle - wciąż mamy za mało miejsca! (śmiech) W porównaniu z ubiegłym rokiem frekwencja podniosła się kilkakrotnie. Zwiększyliśmy liczbę festiwalowych lokalizacji, ale to, niestety, nie pomogło. W salach brakuje miejsc, nawet na spotkaniach debiutantów czy dyskusjach naukowych. Już wiemy, że przekroczymy magiczną liczbę 10 tysięcy odwiedzających. To będzie prawdziwy rekord jak na festiwal literacki.
RS: Czyli moda na kryminał nie została zamordowana?
IG: Wydawało mi się do tej pory, że ten balon musi pęknąć. Ale nic takiego się nie stało. Publiczność chętnie sięga po kryminały, przychodzi na spotkania - moda nadal trwa Pamiętam, że w 2002 roku były raptem trzy polskie powieści, które można by zaliczyć do grona kryminałów. W zeszłym roku przekroczyliśmy liczbę 100 oryginalnych tytułów w języku polskim. To ogromna zmianą która dokonała się w ciągu zaledwie ośmiu lat. Ktoś ze znajomych powiedział mi nawet pól żartem, że teraz musi czytać kryminały.
RS: Czyli kryminał wychodzi z cienia? W czasach komunizmu z wiadomych względów nie był popierany, potem uznawano go, niestety, za gatunek drugiej kategorii. Dopiero w ostatniej dekadzie zaczęło się to zmieniać.
IG: Nasz pomysł polega na tym, że próbujemy promować czytanie poprzez popularne gatunki. To podejście w Polsce nietypowe - u nas wciąż patrzy się na literaturę poprzez gatunki wysokie. Kryminał uwalnia się na szczęście od etykiety czegoś drugorzędnego, co zostało na-pisane dla niewybrednego czytelnika Staramy się temat traktować szeroko - dlatego zaprosiliśmy gwiazdy z zagranicy i Polski. Staramy się znajdować nowe konteksty. W tym roku na spotkania z publicznością przyszli policjanci, którzy dyskutowali na temat realiów pracy kryminalnej. Na festiwalu pojawił się również Robert Makłowicz, który zaprezentował kryminalną odsłonę swych "Podróży".
RS: Same gwiazdy pewnie nie wystarczą, potrzebna jest też "praca od podstaw", by zmienić podejście ludzi do czytania. Kryminał uwalnia się od etykiety czegoś drugorzędnego, co zostało napisane dla niewybrednego czytelnika.
IG: Dlatego w tym roku po raz pierwszy zorganizowaliśmy konferencję bibliotekarzy. Chcemy, by rekomendowali kryminały czytelnikom. To istotne zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, gdzie biblioteka jest głównym źródłem literatury.
RS: Międzynarodowy Festiwal Kryminału kiedyś był wizytówką Krakowa, potem jednak przeniósł się do Wrocławia. Tęskni Pan?
IG: To bardzo osobiste pytanie. Przeprowadzka festiwalu do Wrocławia dla mnie, krakusa, nie była łatwa. To przecież tydzień wyjęty z życia, to ogromna praca organizacyjna. Wrocław podjął nas wspaniale, czujemy się tu jak w domu, widzimy, że komuś naprawdę zależy na literaturze. Widzimy, że nasza praca ma sens. Dlatego podpisaliśmy właśnie z tym miastem długoletnią umowę na organizowanie tu Międzynarodo-wego Festiwalu Kryminału. Wczoraj rozmawialiśmy z grupą krakowskich autorów. Wszyscy uznali, że nie tęsknią za Krakowem. We Wrocławiu czujemy Się świetnie.

"Dziennik Polski", z Irkiem Grinem rozmawiał Rafał Stanowski, 26.11

We Wro wciąz strasznie

Międzynarodowy Festiwal Kryminału jest już na półmetku, ale organizatorzy wciąż mają w zanadrzu ciekawe propozycje. Miłośnicy powieści z dreszczykiem nie powinni przegapić dzisiejszego spotkania z hiszpańską prozaiczką Alicią Gimenez-Bartlett. Pisarka przez trzynaście lat wykładała literaturę hiszpańską na Uniwersytecie w Barcelonie, ale po sukcesie pierwszych powieści porzuciła karierę naukową i całkowicie poświęciła się pisaniu. Opublikowała dotychczas osiem powieści kryminalnych, których głównym bohaterem jest inspektor Petra Delicado. Dyskusja panelowa z udziałem Gimenez-Bartlett dziś w Media- tece przy pl. Teatralnym 5. Start o godz. 19. Ciekawie zapowiada się też sobotnie spotkanie z gwiazdą tegorocznej edycji MFK - Maj Sjoewall. Szwedzka pisarka przez wiele lat tworzyła razem ze swoim partnerem Perem Wahloeoe. Ich najsłynniejsze dzieło to cykl kryminałów, których głównym bohaterem jest cierpiący na bez- senność detektyw Martin Beck. O swojej twórczości i planach na przyszłość Sjoewall opowie w Art Hotelu przy Kiełbaśniczej 20. Impreza zacznie się po godz. 19. Podczas festiwalu swoje 50. urodziny świętować będzie Marcin Świetlicki. Z tej okazji z klubie Włodkowica 21 odbędzie się slam kryminalny „Zabij nas słowem". Każdy chętny będzie mógł zaprezentować swoje literackie umiejętności w niedzielę od godz. 17.30. Także w niedzielę poznamy laureata Nagrody Wielkiego Kalibru za najlepszą powieść kryminalną. Do tegorocznej edycji zostało nominowanych siedmiu pisarzy, m.in. Tadeusz Cegielski za ,,Morderstwo w Alei Róż" i Ryszard Cwirlej, autor książki „Ręczna robota". Międzynarodowy Festiwal Kryminału trwa do 27 listopada, na większość imprez wstęp j est wolny. Dokładnyprogram na stronie www.festiwal.portalkryminalny.pl.

Agnieszka Oszust, Gazeta Wyborcza z 25.11.2011

Lubisz kryminały? Przyjdź na Festiwal

Do niedzieli potrwa we Wrocławiu Międzynarodowy Festiwal Kryminału. Dziś w kawiarni Literatka w Rynku na miłośników lego gatunku czekają dwa wykłady. O kinowej adaptacji opowiadać będzie Zygmunt Mitoszewski (godz. 16.30), potem w Mediatece ( godz. 19.00) odbędzie się dyskusja panelowa „Kryminał w mieście" Alicji Gimene- z-Bartlett z Janem Costinem Wagnerem. Kulminacyjnym punktem imprezy będzie sobotnia uroczysta gala wręczenia Nagrody Wielkiego Kalibru, czyli najważniej szego wyróżnienia dla pisarzy tego gatunku w Polsce. Tuż przed uroczystością czytelnicy będą mieli okazję poznać gwiazdę światowego kryminału: Maj Sjowall (spotkanie zaplanowano na 19.15 w Art Hotelu przy ul. Kielbaśniczej). Szwedzka pisarka znana jest głównie ze stworzonego wspólnie z Perem Wahloo cyklu powieści kryminalnych, którego bohaterem jest Martin Beck, oficer wydziału zabójstw w Sztokholmie. Wcześniej, o 14.00, w księgarnio-kawiarni kryminalnej Speakeasy (Rynek 8) odbędzie się premiera tomu „Zaułki zbrodni", który zawiera najlepsze opowiadania z warsztatów kryminalnych odbywających się przy okazji festiwalu z dwóch ostatnich lat. W Speakeasy będzie można kupić kryminały. Przede wszystkim nowości. Dla Czytelników Faktu, którzy zadzwonią dziś o 11 .00 pod nr tel. (71)341 0449, mamy pięć egzemplarzy „Miłości we Wrocławiu". Kto pierwszy, ten lepszy!

Fakt z 25.11.2011

Rany rąb siekierą, czyli CSI po polsku

Niestety, choć pracujemy od lat, nigdy nie wezwano nas do wymyślnego zabójstwa w ekskluzywnej rezydencji. Na Festiwalu Kryminału archeolog, medyk sądowy i antropolog pozbawiali złudzeń nie tylko.

„Milczenie owiec" w Hali Targowej

Zabijanie, po czym zjadanie ludzi, i to niekoniecznie z głodu? - Takich spraw nie ma zbyt wiele, ale się zdarzają. Ostatnio jednemu z wrocławskich studentów prawa wystarczyło nawet na całą pracę magisterską o kanibalizmie - w opowieści o archeologii śmierci dr hab. Maciej Trzciński,kryminalistyki archeolog z Uniwersytetu Wrocławskiego, nie pomijał żadnych sposobów mordowania, jakimi fascynują się twórcy kryminałów filmowych i literackich. - Weźmy kapitalną historię mieszkańca ulicy Słonecznej w Ziębicach. Zapraszał do domu bezdomnych, zabijał ich, po czym mięso z ofiar rozkawałkowywał, puszkował, przywoził do Wrocławia i sprzedawał w Hali Targowej jako cielęcinę. A skórę z ofiar przerabiał na paski, buty i szelki. Wpadł, bo jedna z jego niedoszłych ofiar uciekła mu i pobiegła na najbliższy komisariat - opowiadał dr Trzciński, podając wiele przykładów traktowania zwłok wsposób ekstremalny. - Bez obaw. Najsłynniejszy i najokrutniejszy seryjny morderca na Dolnym Śląsku wpadł w 1924 roku. Nazywał się Karl Denke.

Kto ukrył „Kości" konia spod Wrocławia

Agata Thannhauser-Wójcik, to taka wrocławska Temperance Brennan, czyli antropolog sądowy ze słynnego serialu opartego na powieściach Kathy Reichs. Od czasu do czasu prokurator też wzywa panią antropolog, by na miejscu zbrodni spojrzała na kości i ustaliła wstępnie, kim jest ofiara. - Raz przyjechałam i ustaliłam, że koniem - uśmiecha się mgr Agata Thannhauser i tłumaczy, że płeć i wiek niezidentyfikowanych szczątków - o ile są ludzkie - ustala się na podstawie kości czaszki i miednicy. Ale to nie jest tak jak w „Kościach", że antropolog spogląda na te szczątki i mówi, że to „mężczyzna, lat 25". Dopiero po przewiezieniu do zakładu antropologii i analizie dokonujemy wszelkich ustaleń. Thannhauser tłumaczy jednak, że nikt nie ma narzędzi, by wyłącznie na podstawie kości w przypadku dziecka określić płeć, a w przypadku osób starszych wiek z dokładnością do roku czy dwóch. W takie umiejętności antropologów wyposażają wyłącznie obdarzeni nieograniczoną naukowo wyobraźnią scenarzyści seriali typu „Kości".

„Kryminalne zagadki" wrocławskiej meliny

Kurtka. Gdzie ją położyć, by spokojnie zabrać się do pracy? To często pierwsza myśl, która na miejscu zbrodni przychodzi do głowy dr. Łukaszowi Szleszkowskiemu, specjaliscie medycyny sądowej. - Podczas spotkań z miłośnikami kryminałów warto rozprawić się z mitami na temat naszej pracy z książek i seriali - zapowiedział wrocławski medyk i opowiedział o swojej codzienności, czyli o oględzinach zwłok.- W filmach medyk sądowy to najczęściej piękna blondynka, która po 5 minutach rozglądania się, wie co było przyczyną zgonu i że do morderstwa doszło o 18.15. I od razu rekonstruuje zdarzenie. To fikcja powieściowa - tłumaczył Szleszkowski, porównując to do prozy prawdziwego życia (i śmierci). Bo choć od 10 lat jeździ na miejsce zbrodni, jeszcze nie trafił do rezydencji, gdzie na basenie, w którym pływają nagie kobiety, za pomocą rekina czy krokodyla (tak bywało w CSI) dokonano zabójstwa. Ba, nie trafił nawet do luksusowego apartamentu bez basenu. -Warunki, jakie panują w rezydencjach", do jakich trafiam, są takie, że brzydzę się odłożyć kurtkę. Ponieważ obok zwłok leży sterta zgniłych bananów.po tem odchody mieszkańców danej meliny, butelki po dwudniowej libacji, a z kilku metrów przygląda mi się szczur, który czeka, by dorwać się do ofiary.która najczęściej tej libacji po prostu nie przetrzymała lub zdenerwowała innego jej uczestnika -specjalista medycyny sądowej unaoczniał, jak najczęściej wyglądają efekty „zabójstwa po polsku". W Stanach Zjednoczonych pod wpływem CSI wielu młodych ludzi chce studiować medycynę sądową. Z opowieści wrocławskich koronerów wynika, że to owszem, interesująca praca, ale, delikatnie mówiąc, niezbyt estetyczna. - Oczywiście, czasem zdarzają się sytuacje znane z kryminałów: zwłoki znalezione w lesie, światła, ekipa na miejscu zdarzenia- dr Szleszkowski starał sie nie pozbawić resztki złudzeń pasjonatów zagadek detektywistycznych znanych im z CSI.

„Żegnaj laleczko" z pistoletem... do bydła

Subtelności z powieści Agaty Christie ani zabójstw w mrocznych przedmieściach wielkiego miasta rodem z Chandlera nie można się było dopatrzeć, gdy antropolog Agata Thannhauser prezentowała pęknięcia na czaszkach powstałe po ciosach zadawanych „narzędziami tępymi i ostrymi" typu pałka, młotek czy nóż. Niestety, w swojej pracy ma też do czynienia z „ranami rąbanymi", zadawanymi z wielką siłą. Siekierą oczywiście. - O tu mamy przykład rany postrzałowej z „ładnym" otworem wlotowym - prezentowała zdjęcia z własne j praktyki wrocławska antropolog, przy okazji pokazując, z jakimi zagadkami śmierci miewają do czynienia wrocławscy naukowcy: - Zazwyczaj aparat do uboju bydła jest stosowany do uboju bydła. Pewna osoba użyła go jednak do strzelenia so- bie w głowę. Śledztwo wykazało, że było to samobójstwo.

Śmierć o „21.37", czyli między 20 a północą

„21.37"-taki jest tytuł powieści Mariusza Czubaja uznany dwa lata temu za najlepszy polski kryminał. I rzeczywiście jest szansa, że można ustalić czas zgonu niemal co do minuty. Pod jednym warunkiem. Ze zamordowany tuż przed śmiercią zanotował tę godzinę, zaznaczył w programie tv,że miał oglądać ulubiony serial, a telewizor był wyłączony lub sąsiad usłyszał strzały. Mimo rozwoju medycyny sądowej ustalenie czasu zgonu z dokładnośtią co do minuty na podstawie znamion śmierci, takich jak na przykład oziębienie ciała, czy stężenia pośmiertnego nadal jest niemożliwe - mity na temat możliwości koronera (ilustrując to zdjęciem jasnowidza wróżącego z kuli) obalał dr Szleszkowski. I podawał przykład: - Wnioskowanie na temat oziębienia ciała mogą okazać się fałszywe, bo przecież człowiek w chwili śmierci nie musiał mieć temperatury ciała 37,6 st. C, ale mógł być w hipotermii z 35 stopniami lub mieć 4O-stopniową gorączkę. Poza tym tempo spadku temperatury jest uzależnione od wielu czynników, naprzykład wagi ciała ofiary czy pozycji denata

„Samobójstwo w Breslau " jak „Dowody zbrodni"

O śledztwie niczym z powieści Marka Krajewskiego „Śmierć w Breslau" połączonego z serialem „Dowody zbrodni", na dodatek sprzed dwóch lat, opowiadał archeolog Maciej Trzciński. Nad sprawądwóch szkieletów odkrytych w parku Staromiejskim, przy fontannie, podczas prac archeologicznych poprzedzających remont parku, pracowali wspólnie policjanci, archeolodzy, antropolodzy i medycy sądowi. - Gdy odkryto grób ze szkieletami dwóch osób, zadzwoniła koleżanka, pytając, co robić. Powiedziałem, żeby zawiadomiła policję. Nie wiedzieliśmy, czy to osoby, które ktoś zamordował niedawno, czy ludzie, którzy zmarli 80 lat temu. Zgromadziło się wielu gapiów,którzy świetnie się bawili, gdy prokurator krzyknął „wezwijcie lekarza". Były nawet propozycje, żeby zastosować metodę „usta, usta", to może się uda ich ożywić. Gołym okiem było widać, że do tego nie dojdzie, ale w papierach musi być zapisane, że delikwenci „nie żyją" - śmieje się dr hab. Maciej Trzciński. Historyczne śledztwo prowadzone wspólnie przez antropologa (mgr Agatę) i specjalistę medycyny sadowej (dr. Łukasza) wykazało, że to historia na wskroś wrocławska. Oględziny pozwoliły ustalić płeć, wiek i przyczynę śmierci (postrzał) ofiar. Po skontaktowaniu się z niemiecką fundacją Pamięć okazało się, że Niemcy nawet wc zasie oblężenia Festung Breslau prowadzili ewidencję zmarłych osób. I, że na tym terenie w maju 1945 roku pochowano dwóch dżentelmenów w wieku 22 i 45 lat Na podstawie oględzin i badań historycznych oraz sygnetu znalezionego przy zwłokach ustalono, że 22-latek to Henryk Biskupek urodzony w Rudzie Śląskiej. Sygnet należał do jego ojca Bernarda, powstańca śląskiego. - Mieliśmy do czynienia z fascynującą śląską historią. Ojciec był powstańcem, a syn służył w Wehrmachcie i 5 maja 1945 roku, tuż przed końcem wojny odebrał sobie życie, strzelając w głowę. Nie wiemy tylko dlaczego - zastanawia się kryminolog/archeolog.

Jacek Antczak, Gazeta Wrocławska z 25.11.2011

Zjedz tak jak Salvo Montalbano z Robertem Makłowiczem

Wolę opowiadania Andrei Camillerego od powieści Henninga Mankella i Stiega Larssona. Trudno mi nabrać zaufania do detektywa, który żywi się pizzą odgrzewaną w mikrofalówce. Co innego komisarz Salvo Montalbano - to prawdziwy Sycylijczyk, zmysły ma wyostrzone zarówno w kuchni, jak i na miejscu zbrodni - mówi Robert Makłowicz, który zaprosi gości Międzynarodowego Festiwalu Kryminału do stołu

Magda Piekarska: Czy świat zbrodni rymuje się z kuchnią?

Robert Makłowicz: Oczywiście. Przecież w obu przypadkach mamy do czynienia ze zmysłami. Skrajnie odmiennymi, rzecz jasna, ale jednak.

Może dlatego komisarz Montalbano tak lubi przerywać prowadzone przez siebie śledztwa sutymi posiłkami. Podobnie robią jego koledzy po fachu - m.in. komisarze Mock i Popielski z powieści Marka Krajewskiego.

Wszyscy detektywi jadają, różnica polega jednak na tym, jak i co ląduje na ich talerzach. Przyznam, że kiedy czytam o tym, jak komisarz Wallander z powieści Henninga Mankella odgrzewa sobie pizzę w mikrofalówce albo zajada hot dogi, natychmiast tracę serce dla tej fabuły. Trudno mi zaufać ludziom, których zmysły są tak niedorozwinięte jak u skandynawskich detektywów. Co innego Włochy! Tam zmysłowość jest bardzo wyrafinowana - znakomicie gotują, jedzą ze smakiem, delektując się potrawami, no i mordują, dzięki czemu Montalbano ma co robić.

Andrea Camilleri, autor opowiadań o komisarzu, twierdzi, że na Sycylii, gdzie mieszka, życie sprowadza się do dwóch przyjemności - miłości i kuchni.

- Ja bym do tych rozkoszy dodał jeszcze trzecią - lekturę. Ażeby kuchnia była prawdziwą przyjemnością, trzeba do gotowania podejść z prawdziwym uczuciem. W książkach Camillerego znalazłem inspiracje do dań, które przygotuję na festiwalu. Nie ma tam przepisów, ale znając sycylijską kuchnię, mogłem je odtworzyć. Gościom spotkania podam ośmiorniczki i risotto w sosie z kałamarnicy, nero di sepia. To jedna z niewielu czarnych potraw, jakie istnieją, dlatego tak znakomicie rymuje się z formułą festiwalu.

Cała rozmowa z Gazety Wyborczej Wrocław z 22.11.2011 dostępna tutaj

Kryminalny Wrocław zaprasza

Od dziś do niedzieli potrwa we Wrocławiu Międzynarodowy Festiwal Kryminału. Gwiazdą tegorocznej imprezy będzie szwedzka pisarka Maj Sjowall. To już trzecia edycja MFK, która przebiega pod znakiem kryminału skandynawskiego. Tym razem jednak organizatorzy fundują nam podróż do źródeł - Sjowall wraz ze swoim nieżyjącym mężem Perem Wahloo w cyklu powieści stworzyła podwaliny dziś powszechnie rozpoznawalnej marki jaką jest kryminał skandynawski. To od niej twórcy tacy jak Stieg Larson czy Henning Mankell czerpali inspirację. - Chcieliśmy rozszerzyć to spektrum - przyznaje Irek Grin, szef MFK. - Kiedy jednak dowiedzieliśmy się, że Sjowall, która nigdzie nie jeździ, nie bywa, postanowiła nas odwiedzić, nie zastanawialiśmy się ani chwili. Taka szansa zdana się tylko raz. To jest ikona kryminału, prawdziwa gwiazda, od niej wszystko się zaczęło. Spotkanie ze Sjowall będzie daniem głównym tegorocznej edycji. Ale warto też poznać pozostałych gości MFK. Są wśród nich m.in. hiszpańska autorka Alicia Gimenez-Bartlett, autorka cyklu ośmiu powieści kryminalnych, laureatka Nagrody im. Raymonda Chandlera, a także Niemiec Jan Costin Wagner, muzyk i pisarz, który akcję swoich książek umieścił w Finlandii, w kraju, w którym mieszka od lat. Będą także Mariusz Czubaj, Marta Mizuro, Andrzej Ziemiański, Robert Ostaszewski, Janina Paradowska, Krzysztof Varga i Marcin Świetlicki, który podczas festiwalu będzie obchodził swoje 50. urodziny.
W trakcie imprezy zostanie rozstrzygnięty konkurs Wielkiego Kalibru na najlepszą polską powieść kryminalną - nominowano do niej siedem książek, autorstwa m,in.: Ryszarda Ćwirleja, Pawła Goźlińskiego, Gai Grzegorzewskiej i Marcina Wrońskiego. W programie festiwalu znalazł się też cykl wykładów - opowieści ze świata zbrodni zaserwują nam nie tylko pisarze, ale też specjaliści z dziedziny kryminalistyki, medycy sądowi, antropolodzy i funkcjonariusze Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu, którzy pod lupę wezmą polskie seriale kryminalne i odcedzą zawartą w nich prawdę od zmyśleń. Swoją premierę będzie miał podczas MFK tom opowiadań „Zaułki zbrodni", w którym znajdziemy najlepsze teksty powstałe podczas warsztatów literackich w ubiegłych latach; we wszystkich tłem dla opowieści o zbrodni będzie Wrocław. Swój wieczór będzie miał Robert Makłowicz, a wraz z nim poznamy kryminał od kuchni - dosłownie, bo będzie to kulinarna wyprawa na Sycylię, gdzie mieszka detektyw Salvo Montalbano, bohater cyklu sycylijskich powieści Andrei Camillerego. Będzie interesująco i z pewnością smacznie - uczestnicy spotkania będą mogli zjeść jak Salvo. - Wiem już na pewno, że Międzynarodowy Festiwal Kryminału to nie tylko i wyłącznie święto fanów tego gatunku, ale też istotna impreza branżowa, która wzmacnia jego popularność i poszerza czytelnictwo - mówi Irek Gria - Dlatego tak istotną jego częścią są np. warsztaty dla młodych pisarzy. Ale nie tylko - w tym roku po raz pierwszy w programie znalazła się konferencja bibliotekarzy poświecona kryminałom i sposobom ich promowania u czytelników. Wiążemy z nią ogromne nadzieje - wprawdzie to impreza zamknięta, wstęp na nią mają tylko uczestnicy, ale jej efekty mogą być widoczne z perspektywy wielu użytkowników zbiorów bibliotecznych.
Na większość imprez w ramach WFK wstęp jest wolny. Dokładny program na stronie www.festiwal.portal- kryminalny.pl.

Magda Piekarska, Gazeta Wybrocza Wrocław 22.11.2011

Zbrodnia w bibliotece

W jednym z tekstów, zgłoszonych w ubiegłorocznej edycji konkursu na opowiadanie kryminalne z Wrocławiem w tle za serią tajemniczych zgonów stała poczciwa bibliotekarka, mordująca czytelników z pomocą arszeniku w herbatce, za to, że bazgrali po książkach. Spieszymy zatem uspokoić - 1. Kryminalna Konferencja Bibliotekarzy nie będzie poświęcona planowaniu podobnych czynów. Jej dwudziestu uczestników, którzy przyjadą do Wrocławia z całej Polski, nauczy się za to, jak zachęcić czytelników do sięgania po krwawe lektury. Ponieważ literatury kryminalnej na wydawniczym rynku pojawia się zatrzęsienie, bibliotekarze dowiedzą się też, jak wybrać z tego najbardziej wartościowe pozycje, a także, komu zasugerować lekturę powieści Agathy Christie, a kogo uszczęśliwić nową książką Jo Nesbo. Wysłuchają wykładów specjalistów, m.in. pisarzy Gai Grzegorzewskiej, Marty Mizuro, Irka Grina, Marcina Świetlickiego, dotyczących zarówno historii literatury kryminalnej, jak i obecnych trendów pojawiających się w tym gatunku. Po każdym wykładzie przewidziano rozmowę z wykładowcą i dyskusję. Oprócz tego bibliotekarze będą mogli uczestniczyć we wszystkich festiwalowych imprezach. Konferencja to pierwsze takie wydarzenie w Polsce, potrwa od 24 do 27 listopada w filii Miejskiej Biblioteki Publicznej przy ul. Reja.

Gazeta Wybrocza Wrocław 22.11.2011

Siódemka w finale Wielkiego Kalibru

Werdykt usłyszymy w sobotę podczas uroczystej gali w Mleczami, ate już dziś możemy przedstawić nominowane książki.

O tym, kto otrzyma tegoroczną Nagrodę Wielkiego Kalibru, zdecyduje jury w składzie: Witold Bereś, Piotr Bratkowski, Marcin Maruta, Zbigniew Mikołejko, Janina Paradowska, Marcin Sendecki i Grzegorz Sowula. Zwycięzca wraz z zaszczytnym tytułem otrzyma 25 tysięcy złotych. W wieczór poprzedzający wręczenie nagrody, czyli w piątek o godz. 20.30, w Mediatece przy pl. Teatralnym dojdzie do konfrontacji miedzy jurorami a nominowanymi.
1. „Morderstwo w alei Róż" Tadeusza Cegielskiego
Rok 1954, Warszawa. Milicjant Ryszard Wirski bada sprawę taje mniczej śmierci sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Depcze mu po piętach pewien oficer UB - okazuje się, że wyjaśnienie zagadki nie jest na rękęjego przełożonym. Wszystko odbywa się w scenerii warszawskiej alei Róż, w której mieszkają wysocy rangą partyjni funkcjonariusze. Tuż obok powstaje kino Moskwa, pnie się do góry Pałac Kultury. Tadeusz Cegielski, historyk, znawca dziejów Warszawy, bawi się tutaj nie tylko kryminalną intrygą, ale też konwencją PRL-owskiego kryminału, dbając przy okazji o jak najwierniejsze przedstawienie realiów epoki.
2. „Ręczna robota" Ryszarda Cwirleja
Kolejna podróż do przeszłości i znów lądujemy w PRL-u, tym razem jednak trafiamy do schyłkowego okresu tej epoki. Jest 8 marca 1986 roku, w jednym z wagonów pociągu relacji Berlin - Poznań odnaleziono ciało brutalnie zamordowanego przemytnika. Zbrodnia miała być ostrzeżeniem, ale dla kogo? I choć jeszcze tego samego dnia na komisariat trafi podejrzany, okazuje się, że nie ma on nic wspólnego z morderstwem. Sprawę bada milicja, prywatne śledztwo prowadzi też Gruby Rychu, szef poznańskich cinkciarzy. Kto pierwszy wyjaśni zagadkę?
3. „Jul" Pawia Goźlińskiego
Tym razem czeka nas dalsza wyprawa - zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Kryminalna intryga została tutaj wpleciona w opowieść o środowisku polskich romantyków. Cofamy się do 2 lipca 1845 roku, naszym celem jest Paryż. Wybucha skandal - w płomieniach ginie człowiek. O jego zabójstwo zostaje oskarżony Adam Podhorecki, który strzelił do płonącej postaci, żeby skrócić jej męki. Ale ta śmierć to tylko element serii morderstw - Podhorecki będzie musiał wyjaśnić ich zagadkę. Wiadomo, że jedną z kolejnych ofiar ma być Adam Mickiewicz. Kto za rym stoi? Prorok Towiański? Moskiewska ambasada? Francuska policja? Tajemniczy klub haszyszystów?
4. „Topielica" Gai Grzegorzewskięj
Tutaj akcja toczy się współcześnie i zdecydowanie bliżej od Paryża, bo na Mazurach, i Grzegorzewska ma w ręku dwa atuty - zbrodnię i seks. A w dodatku śledztwo i opowieść o erotycznym trójkącie rozgrywają się w wyjątkowych okolicznościach przyrody. Seksowna detektyw Julia Dobrowolska, którą czytelnicy poprzednich książek tej autorki zdążyli już poznać, tym razem jest na krótkich wakacjach. Razem ze swoim przyjacielem Wiktorem wybrała się do Krainy Wielkich Jezior, żeby poprowadzić warsztaty dla młodych detektywów, a potem porządnie odpocząć. Przypadkowe spotkanie z dawnym kochankiem i zaproszenie na rejs żaglówką modyfikuje te plany. Sęk w tym, że Julia nie wie nawet, jak bardzo.
5. „Granatowa krew" Wiktora Hagena
Czas akcji- ten sam, który płynie wokół nas, choć pojawiają się też wycieczki w poprzednią epokę. Na dzień dobry spora porcja prozy życia. Robert Nemhauser, bohater tej opowieści, maż i ojciec, policjant, żeby utrzymać rodzinę, po godzinach pracuje jako kucharz w jednej z warszawskich knajp. Jego praca w niczym nie przypomina tego, czym zajmują się bohaterowie kryminalnych seriali - czysta nuda i rutyna. Do czasu jednak. Sytuacja diametralnie się zmienia, kiedy ginie żona znanego prezentera telewizyjnego z okresu PRL- -u, a zaraz potem dochodzi do kolejnych zabójstw. Najprawdopodobniej dokonał ich ten sani sprawca według klucza ściśle powiązanego z przeszłością ofiar.

6. „Inspektor Van Graaf" Adama Ubertowskiego
Przewrotna zabawa konwencją kryminału. Ubertowski wrzuca ostentacyjnie sztuczne postaci w jak najbardziej realny pejzaż i nie daje czytelnikowi cienia szansy na odkrycie prawdy choć o kilka stron przed tym, jak odsłoni ją narrator. Zarozumiały i mocno oderwany od rzeczywistości doktor Figlon to specjalista od metateorii. Ma tęgi umysł i dlatego zdarza mu się wspomagać policję w rozwiązywaniu szczególnie trudnych zagadek. Zastajemy go jednak w momencie, gdy od swoich zajęć postanawia odpocząć - za radą tytułowego Van Graafa bierze urlopi i wyjeżdża do Sopotu. Pogoda jest piękna, pojawia się nawet adekwatna dojej urody kobieta, jednak czar kanikuły pryska, kiedy Figlonem zaczyna interesować się policja.

7. „Officium Sacrum. Pies Pański" Marcina Wrońskiego
Jeżeli Marcin Wroński, to jesteśmy w Lublinie. Tym razem z dominikaninem Markiem Glińskim, który wraca do miasta po dwudziestu latach nieobecności. Ma prowadzić wykłady na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, jednak tak naprawdę jest wysłannikiem tajnego watykańskiego Officium. Problem w tym, że rodzinne miasto nie zapomniało o jego przeszłości. W Lublinie Gliński jest wciąż „Henrykiem", agentem SB. I tą niewygodną prawdą jest zainteresowana zarówno prasa, jak i policja. Jakby kłopotów było mało, w zagadkowy sposób ginie pewien franciszkanin.

Gazeta Wyborcza Wrocław 22.11.2011

Krwawa pocztówka z Wrocławia

Most Tumski, Rynek, uliczki Sępolna, park Szczytnicki, pub Niskie Łąki, Instytut Patologii, korek na moście Milenijnym - to tylko część długiej listy miejsc, w których rozgrywa się akcja opowiadań z antologii „Zaułki zbrodni", która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego.
15 autorów, których teksty znalazły się w tym tomie, to uczestnicy warsztatów towarzyszących Międzynarodowemu Festiwalowi Kryminału w dwóch minionych latach. Po takiej lekturze nawet najbardziej pocztówkowy wrocławski widoczek będzie w nas budził poczucie zagrożenia. We wrocławskiej miejskiej dżungli nikt nie ma prawa czuć się bezpiecznie. Tylko przezorność policji sprawia, że śmierci unika dziennikarz naszej gazety, bohater „Zatoki topielców" Marka Kozłowskiego. Prawdziwie zgubna okazuje się za to namiętność do ambitnego kina - ofiarą jednego z kilkudziesięciu opisanych w tomie morderstw jest argentyński mistrz animacji Hipolito Gonzalez, bohater „Nocnego seansu" Michała Zielińskiego, którego poznajemy podczas plenerowego pokazu „Pętli" Hasa w ramach Nowych Horyzontów. Nie przypuszcza nawet, że kiedy film się skończy, obudzą się wrocławskie upiory. A we Wrocławiu śmierć może nas dopaść zarówno ze strony nieuchwytnego internetowego zabójcy, zazdrosnego chłopaka, jak i poczciwej starowinki. Autorzy „Zaułków zbrodni" serwują czytelnikom historie tych zagadkowych zejść, doprawiając je odpowiednią dawką suspensu. Część autorów sięga tu po stylistykę retro. W „Misji beret" Marty Broś-Rudnickiej obserwujemy całkiem współczesne śledztwo w sprawie tajemniczego zaginięcia niejakiej Lodzi, poczciwej starowinki z wrocławskiego osiedla, jednak narzędzie zbrodni - niewinna na pozór nalewka - odsyła nas do klasyki kryminału. Z kolei Adrianna Michalewska, opowiadając w „Pociągu" historię dziennikarza badającego sprawę czarnej ospy, łączy konwencję kryminału, sensacyjnej opowieści o wielkim spisku i horroru. Bywa też zabawnie, kiedy w „Zatoce topielców" częścią opowiadania staje się warsztat pracy dziennikarza śledczego, któremu - zanim otrze się o śmierć - udaje się nakłonić do współpracy policjanta w zamian za wódkę z piwem i tatarem w Przedwojennej. Wtedy można odetchnąć i przestać się bać - uff, to tylko fikcja. Niewykluczone, że "Zaułki zbrodni" doczekają się kontynuacji - w tym roku warsztaty literackie w ramach MFK odbywają się po raz trzeci. Weźmie w nich udział 27 osób, które będę szlifować swoje teksty pod fachowym okiem Mariusza Czubaja, Pawła Jaszczuka, Joanny Jodełki i Roberta Ostaszewskiego. Premierowe spotkanie z „Zaułkami zbrodni" zaplanowano na sobotę na godz. 14 w kryminalnej kawiarni Speakeasy w Rynku. Poprowadzi je Irek Grin.

Gazeta Wyborcza Wrocław z 22.11.2011

Królowa kryminału

Maj Sjowall jest tegoroczną laureatką honorowej Nagrody Wielkiego Kalibru. To prawdziwa gwiazda, a jej przyjazd do Wrocławia stał się sensacją - na co dzień szwedzka pisarka unika rozgłosu.

Jeśli ktokolwiek myśli, że skandynawski kryminał zaczął się od Henninga Mankella czy Stiega Larssona, jest w błędzie. Ich sukcesy nie byłyby możliwe bez powieściowej serii Maj Sjowal i Pera Wahloo, która zaczęła ukazywać się w latach 60.' Jej bohaterem był detektyw Martin Beck, a kiyminalna intryga była pretekstem do sportretowania panoramy społecznej ówczesnej Szwecji, i dlatego właśnie cykl został określony mianem kryminałów publicystycznych. Pisarska para jako pierwsza zastosowała tytuły w stylu „Wóz strażacki, który zniknął", do której to konwencji świadomie nawiązał Larsson („Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"). O wiele większą karierę zrobiła jednak stworzona przez Sjowall i Wahloo postać gliniarza, który swoich prywatnych kłopotów nie potrafi zostawić za drzwiami komisariatu, a także sposób pokazania samego śledztwa - zamiast widowiskowych walk i wyścigów mamy tu żmudną pracę umysłową, w której detektywi wspomagają się hektolitrami kawy. Sjowall razem ze swoim partnerem Perem Wahloo napisała dziesięć kryminałów. Spotkali się w 1962 roku. On o dziewięć lat starszy od niej, był żonaty, miał córkę, jako dziennikarz opisywał prawdziwe historie. Ona jako 27-letnia dziennikarka pisała o polityce. Zasobą miała dwa nieudane małżeństwa. Miała też córkę z dawniejszego związku. Początki ich twórczości przypominają długi list miłosny w formie kryminału - Wahloo zaczął pisać powieść, na początek zostawiając Sjowall luki do wypełnienia. Wkrótce wyprowadził się od żony i na zawsze związał z Maj - mieli dwoje dzieci, wspólnie wychowywali jej córkę, jednak nigdy nie wzięli ślubu. Para wydawała jedną książkę rocznie. Pisywali razem, wieczorami, kiedy dzieci były już w łóżkach. I - jak po latach oświadczyła Sjowall - nigdy nie kłócili się o słowa. Kiedy ukazywała się ostatnia ze wspólnych książek, Wahloo zmarł w wieku 49 lat Po jego śmierci Sjowall współpracowała z Holendrem Tomassem Rossem - razem napisali powieść „Kobieta, która przypominała Gretę Garbo", pisuje też własne książki, zajmuje się tłumaczeniami, bywa konsultantem przy produkcji filmowych adaptacji serii o Martinie Becku, powieściowym bohaterze. Nie dala się dotąd namówić na napisanie jedenastego tomu. I mimo że jej książki sprzedają się w milionach egzemplarzy, ona sama mieszka w skromnej kawalerce w Sztokholmie. Ze względu na kontrakty zawarte pól wieku temu nie może liczyć na wysokie zyski ze sprzedaży swoich powieści, które mimo upływu czasu wciąż są bestsellerami. I niespecjalnie ceni pisarstwo dzisiejszych gwiazd ze Skandynawii - Larssona i Mankella. Zdecydowanie woli Jo Nesbo, poprzedniego laureata Nagrody Wielkiego Kalibru. Powieści Sjowall i Wahloo były kilkanaście razy ekranizowane - najsłynniejszą z tych adaptacji jest hollywoodzki film „Śmiejący się policjant" z 1973 roku, z akcją przeniesioną do San Francisco i Walterem Matthau w roli głównej. Sjowall spotka się z czytelnikami w sobotę o godz. 19.15 w Art Hotelu przy ul. Kiełbaśniczej 20. Wieczór poprowadzą dr Monika Samsel-Chojnacka i Rafal Chojnacki.

Magda Piekarska, Gazeta Wyborcza Wrocław z 22.11.2011

Goście Festiwalu

ALICIA GMENEZ-BARTLETT
Hiszpańskapisarka,literaturoznawczyni, autorka kryminalnej serii z inspektor Petrą Delicado i komisarzem Rrminem Garzonem. Przez trzynaście lat wykładała na Uniwersytecie w Barcelonie, po sukcesie swoich pierwszych powieści porzuciła to zajęcie, żeby poświęcić się pisarstwu. Jej książki zostajyprzetłurnaczone na kilkanaściejęzyków. WPolsce ukazało sięsześć powieści, m.in. „Śmiertelne rytuały", „Pieski dzień" i „Statek pełen ryżu".
JAN COSTIN WAGNER
"Pisarz, muzyk, historyk, dziennikarz. Urodzony w Niemczech, od lat mieszka i pracuje w Finlandii. W Polsce ukazały się jego powieści „Milczenie", „Księżyc z lodu" i „Ziemia lwów". Na podstawie pierwszej znich powstał thriller w reżyserii Barana Bo Odara. Autor był wyróżniony Nagrodą Marlowe'a. Spotkanie z Gimenez-Bartlett i Wagnerem w piątek o godz. 19 w Mediatece przy pl. Teatralnym 5. Poprowadzą je Ewa Malec i Szymon Kloska.
MARIUSZ CZUBAJ
Pisarz, antropolog kultury, wykładowca w Szkole Wyższej Psychologu Społecznej w Warszawie. Współautor dwóch powieści, napisanych w duecie z Markiem Krajewskim - „Alei samobójców" i „Róż cmentarnych". Wyłącznie spod jego pióra wyszedł kryminał o profilerze Rudolfie Heinzu „21:37", za który otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru.
JOANNA JODEŁKA
Pisarka, historyk sztuki, pisuje też scenariusze filmowe. Za swój debiut literacki - powieść kryminalną „Polichromia. Zbrodnia o wielu barwach" - została wyróżniona Nagrodą Wielkiego Kalibru. W tym roku ukazał się jej nowy kryminał - „Grzechotka".
MARCIN ŚWIETLICKI
Poeta, muzyk, prozaik. Zadebiutował w 1992 roku tomem „Zimne kraje". Pierwszy kryminał, „Dwanaście", napisał dopiero w 2006 roku. Wyróżniony Nagrodą Wielkiego Kalibru. Jest też autorem napisanej wspólnie z Irkiem Grinem i GająGrzegorzewską „Orchidei", parodii gatunku. Jeden z ojców założycieli Stowarzyszenia Miłośników Kryminału i Powieści Sensacyjnej „Trup w Szafie". Podczas fesuwalu będzie obchodził swoje 50. urodziny.

Gazeta Wyborcza Wrocław z 22.11.2011

Morderstwa od kuchni

Dzięki temu festiwalowi przestępczość we Wrocławiu z pewnością zacznie spadać - ogłosił w expose przed przejęciem władzy w mieście przez „kryminalistów" Rafał Dutkiewicz. Prezydent żartował, ale z pewnością od wtorku do niedzieli we Wrocławiu będzie największe w Polsce zagęszczenie wszelkiego rodzaju specjalistów od zbrodni na metr kwadratowy. Na Międzynarodowy Festiwal Kryminału zjadą do miasta Marka Krajewskiego znakomici autorzy powieści detektywistycznych. - Wśród nich będzie prawdziwy gigant, czyli kobieta, która wymyśliła najpopularniejszy współcześnie gatunek kryminalny, cieszący się dziś olbrzymią popularnością w całej Europie - mówi o szwedzkiej autorce Maj Sjöwall Irek Grin, pomysłodawca i szef Festiwalu. Sjöwall, 76-letnia pisarka, na przełomie lat 60. i 70. wraz z Perem Wahlöö napisała cykl powieści kryminalnych (o śledztwach Martina Becka) z bogatym tłem obyczajowym, który określano mianem „Roman om ett brott", czyli „powieściami o przestępstwie". Najsłynniejsi dziś twórcy gatunku, jak Mankell czy Larsson, przyznają, że inspirowali się jej twórczością. - Mało tego: to Sjöwall wymyśliła słynną frazę, którą najpierw eksploatował w swoich tytułach Larsson, a po nim dziesiątki innych pisarzy. Jednej z pierwszych książek nadała tytuł „Policjant, który się uśmiechał" - opowiada Grin. Maj Sjöwall odbierze we Wrocławiu Honorową Nagrodę Wielkiego Kalibru (w ubiegłych latach uhonorowaną nią m.in. Norwega Jo Nesbo i Marka Krajewskiego). Poza szwedzką twórczynią wzorca kryminału na Festiwalu będzie można spotkać Jana Costina Wagnera, niemieckiego autora kryminałów, których akcja rozgrywa się w... Finlandii, i hiszpańską pisarkę Alicię Gimenez-BarrJett, której powieści opowiadają o zbrodniach dokonywanych w Barcelonie. Pojawi się też cała plejada znakomitych polskich autorów (niestety, w tym roku nie będzie Marka Krajewskiego). Kontrowersyjnie zapowiada się dyskusja kobiet-autorek zatytułowana „Kryminał blondynek" z udziałem Anny Fryczkowskiej, Gai Grzegorzewskiej i Joanny Jodełki. O „udrękach adaptacji" filmowych opowie we Wrocławiu Zygmunt Miłoszewski (autor „Uwikłania"), a o tajemnicach twórczości Joe Alexa... jego syn, prof. Wojciech Słomczyński. Rewelacyjnie zapowiadają się projekcje scen z seriali, które komentować będą komisarz Mała, podinspektor Hoss i komisarz ksiądz, czyli autentyczni detektywi z Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu.
Ci, którzy są głodni kryminałów, z pewnością wybiorą się na pokaz kuchni kryminalnej. - Robert Makłowicz będzie na żywo gotował potrawy, które w książkach Andrei Cammilierego je komisarz Montelbano. Bo wiadomo, że ten smakosz, dopóki czegoś nie przekąsi, ma depresję i nie może prowadzić śledztwa... Spotkania odbywać się będą w Literatce i ArtHotelu. Wstęp wolny.

Jacek Antczak, Gazeta Wrocławska z 21.11.2011

Międzynarodowy Festiwal Kryminału WROCŁAW 2011

Mylą się ci, którzy wieszczą śmierć kryminału lub koniec mody na jego czytanie. Program imprezy dowodzi, że jest wręcz przeciwnie. Wręczanie Nagrody Wielkiego Kalibru za najlepszą polską powieść kryminalną lub sensacyjną 2010 r., kryminalne warsztaty literackie prowadzone przez Mariusza Czubaja, Joannę Jodełkę i Roberta Ostaszewskiego, wystawa „Literatura z dreszczykiem", spektakl, wykłady, dyskusja panelowa „Nauka w praktyce śledczej - o czym mówią zmarli?", podróże kryminalne Roberta Maktowicza i slam kryminalny „Zabij nas słowem!" to tylko wycinek atrakcji przygotowanych przez organizatorów.

Przegląd z 21.11.2011

Zbrodnia króluje we Wrocławiu

Kryminał - najpopularniejszy od kilku lat gatunek literacki - będzie miał od jutra we Wrocławiu swoje doroczne święto - Międzynarodowy Festiwal Kryminału

Kryminalne powieści dobrze się czyta, dobrze się też o nich rozmawia. I to właśnie rozmowy i dyskusje będą tujak zwykle najważniejsze. Na festiwal co roku zjeżdżają ci, co piszą, ci, co recenzują i ci, co po prostu czytają. A nawet ci, którzy są bohaterami. Nie zabraknie gości z zagranicy. Honorowym będzie Maj Sjówall, szwedzka pisarka, która razem ze swoim partnerem Perem Wahlóo stworzyła cykl powieści z detektywem Martinem Beckiem, uważanym za fundament współczesnego skandynawskiego kryminału społecznego. Podczas wykładów, paneli i dyskusji będzie można posłuchać o kryminałach współczesnych i o historii gatunku. Będzie o kryminale miejskim, kryminale blondynek, nurcie „true crime" dla znudzonych fikcją, ale także o przełamywaniu tabu w powieściach Agathy Christie i o twórczości Joe Aleksa, czyli Macieja Słomczyńskiego, o której opowiadać tym razem będziejego syn, Wojciech. Zygmunt Miłoszewski ujawni, jakie są udręki adaptacji (o których wie co nieco jako autor "Uwikłania", które jest zupełnie inne niż jego wersja filmowa). A Robert Makłowicz, niezbyt do tej pory z kryminałem kojarzony, zajmie się gotowaniem w sycylijskiej kuchni Salvo Montalbano, bohatera powieści Andrei Camillerego. Po raz pierwszy podczas festiwalu odbędzie się też Kryminalna Konferencja Bibliotekarzy. Punktem kulminacyjnym będzie w sobotę wręczenie Nagrody Wielkiego Kalibru dla najlepszej polskiej książki kryminalnej lub sensacyjnej 2010 roku. Nominowanych jest siedem powieści: „Morderstwo w Alei Róż" Tadeusza Cegielskiego, „Ręczna robota" Ryszarda Ćwirleja, „ Jul" Pawła Goźlińskiego, „Topielica" Gai Grzegorzewskiej, „Granatowakrew" Wiktora Hagena, „Inspektor Van Graaf' Adama Ubertowskiego i „Officium Secretum. Pies Pański" Marcina Wrońskiego.

Metro z 21.11.2011

Wrocław to europejska stolica... kryminałów

Z Irkiem Grinem, pisarzem, wydawcą i szefem Międzynarodowego Festiwalu Kryminału (22-27.11), rozmawia Jacek Antczak

J.A.: Trzy lata temu Wrocław dokonał zuchwałej „kradzieży" w Krakowie. Warto było przenieść stolicę kryminału do Wrocławia?
I.G: To mało powiedziane. Jesteśmy zachwyceni, jak dzięki temu miastu impreza się rozwija. Ale powiedzmy wyraźnie - to nie była kradzież, lecz nasza decyzja, by przenieść festiwal do miejsca, które pozwoli na długofalowe plany. Zorganizować jednorazowy event można zawsze i wszędzie, ale Wrocław pokazuje, że chce, by o tej imprezie było głośno co roku i jak żadne miasto w Polsce daje na to gwarancje.
J.A.: Wrocław tak bardzo kocha kryminały?
I.G.: Podam przykład: co roku z całej Polski przyjeżdżają na festiwal ludzie, którzy uczą się pisać kryminały pod okiem pisarzy. W tym roku wśród zakwalifikowanych po raz pierwszy najwięcej jest wrocławian i po raz pierwszy w historii festiwalu ukaże się książka z najlepszymi opowiadaniami wychowanków festiwalu.
J.A: A wrocławscy czytelnicy?
I.G.: Bywam na imprezach literackich w Polsce i powiem - nie dlatego, że rozmawiam z „Gazetą Wrocławską" - że tu publiczność jest wyjątkowa. Te spotkania mają nastrój i napięcie tak ważne w kryminałach. Ale wiem, że tak samo jest na festiwalu opowiadania czy poetyckim porcie. Czytelnicy, którzy trafiają na nasz festiwal, okazują się fantastycznymi ludźmi, którzy w niekoturno- wej atmosferze mogą posłuchać i porozmawiać ze swoimi ulubionymi autorami.

cała rozmowa w Polska Gazeta Wrocławska z 18.11.2011